Lech Majewski to człowiek wielu profesji –
poeta, prozaik, malarz, reżyser, ale nie tylko filmowy, bowiem w swoim dorobku
posiada również spektakle teatralne oraz opery. Istotna dla niego jest nie
tylko treść, ale również sposób jej pokazywania. Twórczość Majewskiego ma
uniwersalny, zwykle metafizyczny charakter. Może wynikać to z faktu, że część
swoich utworów zrealizował na Zachodzie. Reżyser wyraźnie odwołuje się do
innych sztuk, takich jak malarstwo Ucella, Boscha czy de Chirico lub śląskich
prymitywistów. Jednocześnie wierność
mistrzom nie oznacza zamykania się w schematach. Jeden film Lecha Majewskiego
jest szczególnym przykładem na to, że twórca cały czas szuka formy, aby jak
najdokładniej oddać swoją myśl.
niedziela, 16 sierpnia 2020
Metafizyczne tęsknoty, czyli twórczość Lecha Majewskiego
poniedziałek, 10 sierpnia 2020
Senny świat „Incepcji” Christophera Nolana
Twórczość Christophera Nolana
już od ponad dwudziestu lat podbija serca publiczności na całym świecie,
niezależnie od gatunku czy tematyki. Jego produkcje nawet po upływie tygodni od
premiery cieszą się ogromnym zainteresowaniem. Wskaźnik pozytywnego odbioru
filmów amerykańskiego twórcy, zarówno wśród krytyków, jak i widzów utrzymuje
się na stałym, wysokim poziomie. Choć wśród otrzymanych statuetek filmowych
brakuje mu nagrody Oscara, Nolan uważany jest za jednego z najważniejszych
twórców współczesnego kina.
Większość obrazów Amerykanina
zaklasyfikować można jako puzzle movies lub mind-game films. Skomplikowana
narracja pozostawia u widza wrażenie niepewności. Pojawiają się pytania: Co się
stało? Kim w rzeczywistości był bohater? Jakie jest zakończenie historii?
Zagmatwana fabuła oraz wiele alternatywnych rozwiązań prezentowanych wydarzeń
sprawiają, że widz musi bacznie śledzić losy bohaterów. „Memento” (2000), „Bezsenność”
(2002), „Prestiż” (2006), „Incepcja” (2010), „Interstellar” (2014), a nawet „Dunkierka”
(2017) – większość pozycji w kinematografii Nolana to produkcje, które
wymagają od odbiorcy uważnego zanurzenia się w filmowy świat.
W tym roku mija dziesięć lat
od wyreżyserowania jednej z najlepszych postmodernistycznych łamigłówek
filmowych – „Incepcji”. Co ciekawe, słowo „incepcja” teoretycznie nie występuje
w języku polskim. Jednak wraz z premierą filmu Nolana wyraz ten nabrał wielu
znaczeń. Niektórzy definiują „incepcję” jako „początek”, inni jako „działanie
mające na celu zaszczepienie jakiejś koncepcji, idei”. Potocznie natomiast tego
słowa używa się do określenia zawierania się „czegoś w czymś”, tak jak bohaterowie
„Incepcji” zanurzali się w kolejne światy.
Odbiór dzieła
amerykańskiego reżysera podczas pierwszego seansu dostarcza wiele satysfakcji,
zwłaszcza wizualnej z uwagi na efekty specjalne. Jednakże to kolejne projekcje pozwalają w pełni zrozumieć
fabułę filmu. Przy ponownym odtworzeniu zwraca się uwagę choćby na stosowanie
różnej palety kolorystycznej w zależności od świata, w którym znajdują się
bohaterowie. Na pierwszym poziomie dominują chłodne odcienie wpadające w
niebieski. Kolejny poziom charakteryzuje się żółtymi barwami (paleta ciepłych
kolorów). Trzeci został zbudowany w białych odcieniach niemal monochromatycznych.
Ostatni poziom wypełniony został zrównoważonymi barwami, nadającymi całości
surowego charakteru. Twórca podsuwa odbiorcy klucze interpretacyjne, mające
pomóc mu w percepcji obrazu. Inną wskazówką są talizmany protagonistów, które
pomagają im ustalić, co jest prawdą, a co snem.
Warstwa fabularna stanowi
zatem logiczną układankę, podczas której reżyser zwodzi odbiorcę i jednocześnie
pomaga mu w interpretacji. Bez wątpienia wykorzystanie motywu snu
pozwoliło Nolanowi zbudować cały labirynt możliwych rozwiązań. Co ciekawe,
wykorzystanie gatunku science fiction z elementami heist film (forma
podgatunku kina kryminalnego skupiająca się na grupie bohaterów, których celem
jest kradzież) koniec końców doprowadza widza do kluczowego pytania: Czy
protagonista, wracając do swojej rodziny, zanurza się w kolejny sen, czy jednak
jest to rzeczywistość? Wątpliwości pogłębia również umiejętne kierowanie montażem.
Sąsiadujące sceny często łączą się w nieoczywisty sposób. Jeśli ostatnim
obrazem w kadrze będzie biegnący człowiek, następna scena rozpocznie się od
ujęcia ruchu. Jednocześnie sekwencje umiejscowione na różnych poziomach nie są
w żaden sposób ze sobą powiązane. Brak punktów pośrednich stanowi kolejny ukłon
w stronę widza, ułatwiający mu zrozumienie fabuły (ale czy na pewno?). Christopher
Nolan w swoim dziele umieścił wiele symboli. Niektóre z nich są proste do
odczytania, jak choćby imię jednej z bohaterek – Ariadna. W zakresie innych
(przykładowo bączka) fani filmu toczą niekończące się rozmowy, prezentując
najrozmaitsze pomysły na ich interpretację.
Niebywałym atutem „Incepcji”
jest oczywiście obsada aktorska. Leonardo DiCaprio, któremu nie można odmówić warsztatu
aktorskiego, utrzymuje uwagę widza przez cały seans. Joseph Gordon-Levitt
osobiście wykonał większość niezwykle trudnych kaskaderskich scen. Towarzyszący
im na ekranie Tom Hardy czy Cillian Murphy swoją charyzmą w punkt uzupełniają
sylwetki pozostałych bohaterów. Całość zwieńczona została muzyką skomponowaną
przez Hansa Zimmera. Melodie te zaczęły funkcjonować samodzielnie jako ścieżka
dźwiękowa i cieszą się niemalejącą popularnością.
Kiedy wraca się do „Incepcji” po dziesięciu latach, jedno jest pewne – każdy następny seans pozwala wychwycić z filmu kolejny szczegół istotny dla misternej fabuły. Kunszt oraz umiejętności reżyserskie Nolana są niezaprzeczalne, jeśli przeanalizuje się techniczną budowę dzieła i jej współgranie z historią. Amerykański twórca umiejętnie łączy kino rozrywkowe z elementami autorskiego stylu, osadzonego w mind-game films. I nawet jeśli znajdą się tacy, którzy uznają „Incepcję” za intelektualny bełkot, to Nolanowi nie można odmówić, że zmusza do zadawania pytań. Pytań nad możliwościami narracyjnymi kina, ułomnością percepcji oraz filmową magią.
Maja Jankowska
wtorek, 4 sierpnia 2020
Dlaczego Chaplin wciąż śmieszy i wzrusza?
Charlie
Chaplin był niewątpliwie jedną z najważniejszych osobistości w historii kina. Brytyjski
twórca nie tylko przyczynił się do rozwoju gatunku, jakim jest filmowa
burleska, oraz wzrostu popularności kina niemego, ale także pozwolił widzowi na
ucieczkę od szarej codzienności. Sam Chaplin zrealizował niemal książkowo
scenariusz american dream, rozpoczynając swoją karierę filmową od zera,
a kończąc na statusie ogólnoświatowej gwiazdy. Pomimo popularności, która
spoczywała na jego barkach, artysta nie zapomniał o ludziach, których taki
szczęśliwy los ominął, co znajduje odzwierciedlenie w tematyce jego filmów.
Między innymi z tego właśnie powodu, pomimo upływu prawie stu lat od produkcji
niektórych jego dzieł, widzowie z całego świata sięgają po te obrazy, aby
zanurzyć się w niezwykłym świecie pantomimy.
Kiedy
myślimy o Chaplinie, przed oczami mamy postać z wąsikiem, melonikiem na głowie,
z przydużymi spodniami i zbyt małym żakietem. Nieodłącznym elementem tego
wyobrażenia jest również czarna laska, która często wprawiana jest przez
naszego trampa w ruch. Charakteryzacja ta została tak silnie zakorzeniona w
kulturze filmowej, iż większość widzów nie jest w stanie wyobrazić sobie komika
bez tego kostiumu. Co więcej, niektórzy odbiorcy kultury nawet nie widzieli
żadnego filmu Charliego Chaplina, a są w stanie rozpoznać jego sylwetkę, co
świadczy o niebywałej pozycji artysty w popkulturze.
Zdecydowana
większość filmów Chaplina to przykłady burleski filmowej, czyli tworu na poły
komicznego, na poły satyrycznego, który podejmuje tematy ważne, choć zwykle w
prostej formie. Mamy zatem dużo slapsticku, parodii, a nawet karykatury.
Prawdopodobnie najlepszym przykładem byłby film Dyktator z 1940 roku, w
którym Brytyjczyk wyśmiewał Adolfa Hitlera. Co ciekawe, wojna w filmografii
Chaplina stanowi karnawał destrukcji – choć na pierwszy rzut oka może wydawać
się, że losy bohaterów mają odciągnąć widza od myśli o toczących się
konfliktach, okazuje się, że fabuła skupia się na postaciach doświadczonych
przez działania zbrojne. Warto wspomnieć, że zdaniem niektórych badaczy, jednym
z głównych objawów nerwicy wojennej są kłopoty z chodzeniem. Tym samym,
nietypowy, mający coś w sobie z dziecięcego, styl chodzenia Chaplina może
stanowić zatem rodzaj tiku, który zdradza nie tylko jego niepewność psychiczną,
ale również objaw kryzysu dotykającego ciało po tragicznych wydarzeniach.
Zastanawiając się, w czym tkwi fenomen filmów o włóczędze, które pomimo upływu wieków oraz znaczących zmian w sposobie prowadzenia fabuły w kinie, wciąż przyciągają uwagę widzów, nie można nie wrócić uwagi na ich społeczną tematykę. Mimo że Chaplin przeszedł przysłowiową przemianę od pucybuta do milionera, wciąż pamiętał o swoich korzeniach. Wychowanie się w niższej warstwie społecznej, znajomość klasy robotniczej, głód, brud i samotność były dla komika nie tylko wspomnieniem – stanowiły podstawę do kreowania filmowej rzeczywistości. W jego filmach przez warstwę kurzu i nieczystości prześwituje dobro oraz uczynność skierowana względem drugiego człowieka. Fabuły produkcji Chaplina są proste i linearne (choć momentami z uwagi na swoją powtarzalność, wydają się być zapętlone), co tym bardziej pozwala skupić uwagę na portretach bohaterów. Niemal w każdym z filmów protagonista stawia sobie za cel albo komuś pomóc, albo spełnić swoje miłosne uczucie – choćby nawet podejmowane przez trampa działania miały doprowadzić koniec końców do jego nieszczęścia.
Humor
wypełniający chaplinowską burleskę zbudowany jest na bazie powtarzających się gestów,
które kwestionują racjonalną przyczynowość. Każdy cios, uderzenie czy nawet
rzut tortem omija adresata i trafia w przypadkową ofiarę. Pomyłka ta pociąga za
sobą konsekwencje właściwej już fabuły, choć kontynuującej serię wypadków i
omyłek. Ponadto możemy być pewni nieskończonej liczby wywrotek, przewrotek,
potknięć czy zderzeń – niewątpliwie świat burleski to świat upadających postaci.
Upadki te jednak nie są ostateczne oraz inicjują kolejne wydarzenia i motywują
do dalszego działania.
Charlie Chaplin pokazywał w swoich filmach, że nawet najbardziej banalna chwila może stanowić decydujący moment w życiu człowieka (coś na wzór ślepego losu) oraz całego świata. Podejście to sprawiło, że artysta skupiał się przede wszystkim na teraźniejszości. Umiejętne czerpanie z otaczającej twórcę rzeczywistości sprawiło, że jego produkcje wciąż pozostają żywe. Komizm u Chaplina polega tak naprawdę na unikaniu przeszkód – bohater skupia się na aktualnej chwili, nie myśli o przyszłości czy przeszłości, ponieważ liczy się tu i teraz. Ta beztroskość – choć wywołuje masę problemów – stanowi przyjemną formę zapomnienia, zbliżoną do eskapizmu.
Mogłoby się wydawać, że postać trampa to wyłącznie krucha konstrukcja gestów, kilku przedmiotów i figur, którą udało się Chaplinowi stworzyć, przyciągająca uwagę sali i doprowadzająca publiczność do łez. Okazuje się jednak, że uchwycenie przez Brytyjczyka ówczesnej teraźniejszości sprawiło, że jego utwory – pomimo upływu czasu – pozostają tak samo angażujące jak sto lat temu. Niewątpliwie pantomimiczny protagonista zestarzał się, a brak kwestii dialogowych doskwiera coraz mocniej. Jednakże nie sposób zaprzeczyć, że postać stworzona przez Chaplina urzeka swoim gestem i nieporadnością. Jeśli uwzględni się przy tym interpretację portretu włóczęgi przez pryzmat wydarzeń historycznych, wychodzi na jaw, że zabawny bohater w meloniku może skrywać więcej sekretów, niż by się wydawało.
Maja Jankowska
-
Nie wszyscy lubią seriale, które mają po 8-10 sezonów. Nawet jeśli są wybitne, czasem liczba odcinków potrafi zniechęcić. Dla takich osób po...
-
Najlepszą spośród trzech ekranizacji prozy Michela Houellebecqa pozostają „Cząstki elementarne” - jego najwybitniejsza wciąż powie...
-
Charlie Chaplin był niewątpliwie jedną z najważniejszych osobistości w historii kina. Brytyjski twórca nie tylko przyczynił się do rozwoju g...


