środa, 12 maja 2021

To czy to? Co warto obejrzeć po otwarciu kin?


Otwarcie kin zbliża się wielkimi krokami. Dużo osób wyczekuje tego od dawna, w końcu ileż można oglądać tylko w domu. Oglądanie w kinie to zupełnie inna atmosfera i ogromna przyjemność, na którą wielu z was nie może się doczekać. Kino DCF przygotowało dla swoich widzów różnorodny i ciekawy repertuar, który prezentuje się bardzo kusząco. Szykuje się kilka interesujących premier, a także wznowienie wcześniej granych filmów. A co my w szczególności polecamy?


Czy pewna, dzienna dawka alkoholu może poprawić jakość życia człowieka i zwiększyć efektywność jego pracy? A przede wszystkim: Czy może pomóc odzyskać radość życia? Na te pytania próbują odpowiedzieć bohaterowie filmu Thomasa Vinterberga „Na rauszu”. Czwórka wypalonych, przytłoczonych szarą codziennością nauczycieli postanawia przeprowadzić eksperyment oparty na teorii norweskiego psychologa Finna Skårderuda. Ma on polegać na codziennym spożywaniu alkoholu tak, aby utrzymać w organizmie stan pół promila. Celem eksperymentu jest sprawdzenie, czy takie spożycie napojów wysokoprocentowych poprawi funkcjonowanie i jakoś życia nauczycieli. „Na rauszu” to nie tylko opowieść o sile alkoholu, wypaleniu zawodowym, przeciętności i monotonii życia. Jest to historia ku ,,pochwale życia”, jak stwierdził sam reżyser. Film nagrodzony Oscarem i Złotym Globem.


Miłość bezwarunkowa. Powiada się, że rodzina to skarb, ostoja, ludzie, którzy zawsze będą przy tobie mimo przeciwności losu. Mówi się także, że rodziny się nie wybiera i należy pogodzić się z tym, co się ma. Film pt. „The Father” w reżyserii Floriana Zellera nakręcono w Londynie. Czego mamy się spodziewać? Premiera niesie ze sobą duży rozgłos. I słusznie. Już teraz w internecie pojawiło się mnóstwo opinii, oczekiwań. Pozostaje pytanie: Czy film sprosta wymaganiom widzów? Dramat rodzinny, motyw przemijania i znów miłości. To wszystko wplecione w historię ojca, który próbuje pozostać samodzielny i niezależny, ale wykazuje oznaki ciężkiej choroby, demencji. Czy Anne poradzi sobie z ojcem? Narastające problemy z pewnością dostarczą oglądającym dreszczyku wrażeń, chwili refleksji, zadumy i momentu na przemyślenie.


Nomadland, czyli z dala od zgiełku? Czy może piękno, ukazane dookoła skał, pustej niezmąconej obecnością zbędnych ludzi, ziemi? Dzieło Chloé Zhao to jeden z najciekawszych filmów 2020 roku, a także zdobywca Oscara w kategorii najlepszy film. Główna bohaterka – Fern, grana przez niesamowitą Frances McDormand, porzuca dotychczasowe życie w Nevadzie. Staje się nomadką, wędrowcem, który rusza, gdzie go wiatr poniesie. Podróżuje vanem, spotyka nowych, zepchniętych na margines społeczeństwa ludzi, a także odbywa podróż w głąb siebie. Film zawierający wiele refleksji, dający do myślenia i zachęcający do zastanowienia się nad własnym życiem i światem, w którym żyjemy.


Złoty Glob i nominacja do Oscara. TAK! To „Minari” w reżyserii Lee Isaaka Chunga. Dramat miał swoją premierę 11.02.2021 r. w Nowej Zelandii. Koreańska rodzina ma na swoim koncie wiele wzlotów i upadków, a w pogoni za marzeniami i lepszą przyszłością przeprowadzają się. Farma, amerykański sen, nowa szkoła oraz otoczenie. Te zmiany będą trudne, w szczególności dla jednego bohatera. Czy tak łatwo zapomnieć o przeszłości i zacząć myśleć o przyszłości? Czy rodzina będzie szczęśliwa w nowym miejscu? Jak otoczenie zareaguje na ich orientalizm, inną kulturę? Zapraszamy do kin, a z pewnością się nie rozczarujecie!

Amelia Adaszak, Martyna Humięcka

sobota, 6 lutego 2021

Bo życie kabaretem jest. I tak je trzeba brać!

Pojawienie się kina dźwiękowego zainicjowało swoisty boom na musicale, który trwał aż do końca lat 40. XX wieku. Wraz z rozwojem kinematografii oraz przesyceniem w repertuarze ten gatunek filmowy stracił na popularności. Bob Fosse, którego najważniejsze utwory powstały w latach 70., uważany jest za reformatora musicalu. Odciął swoje dzieło od stereotypowego gatunkowego banału, pokazując, że można w nim zawrzeć więcej przemyśleń niż w niejednym traktacie filozoficznym. Trzeba przyznać, że choć od premiery Kabaretu minęło już prawie pięćdziesiąt lat, obraz ten do dziś wzbudza zainteresowanie widzów.

Akcja rozgrywa się w Berlinie (jeszcze wtedy w Republice Weimarskiej) w okresie dochodzenia do władzy hitlerowców. Angielski pisarz Brain Roberts odwiedza miasto, a w klubie „Kit-kat” poznaje amerykańską piosenkarkę Sally Bowles. Brian zakochuje się w Sally, a ich duet stworzony jest na zasadzie przeciwstawnych charakterów. Całość dodatkowo komplikuje się w chwili pojawienia się arystokraty Maximiliana von Heune. Choć Kabaret pod kątem opisu fabuły mógłby brzmieć jak kolejny melodramat, to rzeczywistość jest zgoła odmienna.

„Kit-kat” nie jest zwykłym miejscem. Publika przychodzi tu cieszyć się chwilą. Sama Sally wciąż liczy, że odmieni swój los, żyjąc przy tym najpełniej jak tylko potrafi. I choć może całość wydaje się przerysowana i nienaturalna, to umiejętnie odzwierciedlono swobodę obyczajową, ekstrawagancję i huczne życie nocne miasta. Kabaret pozostaje krzywym odbiciem rzeczywistości, w której dominuje brzydota i wulgarność.

W pierwszej ze scen Kabaretu poznajemy konferansjera. Demoniczny wodzirej z wyglądu przypomina smutnego błazna, ale również i śmierć. Te elementy nabierają symbolicznego wydźwięku, gdy weźmiemy pod uwagę przyszłe wydarzenia. W tle melodramatycznych historii bohaterów wpleciono wątki dotyczące rozwijającego się nazizmu. Sielskość i pozorny zewnętrzny spokój powoli zostają zmącone wywołanymi zamieszkami. 

Warto podkreślić, że piosenki stanowią duży atut Kabaretu. Dzieje się tak głównie z dlatego, że zawsze pełnią konkretną funkcję. Bohaterowie nie zaczną „przypadkowo” śpiewać i tańczyć w filmie Boba Fosse’a występuje wyraźny podział na rzeczywistość oraz scenę. Przewijające się utwory muzyczne mają przedstawić rzeczywistość, choć nie zawsze wiernie, bowiem samo życie jest kabaretem. Naturalnie najpopularniejszą piosenką pozostanie śpiewane w wiejskiej knajpie Tomorrow Belongs To Me, niejako zawłaszczone przez faszystów.

Kabaret Boba Fosse’a chcąc nie chcąc wprowadza nas do Niemiec, w których władzę objęli hitlerowcy. Te przyszłe tragedie, których nie obejrzymy na ekranie, poprzedzone są komediowymi scenami i nieszczęśliwą miłością protagonistów. Reżyser podpowiada nam, że to jeszcze nie czas na zmartwienia, że liczy się tylko carpe diem. Niewątpliwie w pamięć odbiorcy zapadną przede wszystkim muzyczne popisy Lizy Minnelli, która stała się prawie że wizytówką tego filmu. Kabaret został uhonorowany aż ośmioma statuetkami nagrody Oscara, które się twórcom tego dzieła w pełni należały.

Maja Jankowska

wtorek, 29 grudnia 2020

Książka na ekranie: "Lśnienie"

Stephen King

Ten dorobek literacki powala rozmiarem. Do dziś to: 61 powieści, 11 zbiorów opowiadań, 5 książek reportażowych i jeszcze kilkanaście innych. Obok jego nazwiska zawsze znajdują się takie określenia jak: „najpoczytniejszy”, „autor bestsellerów”, „ewenement”, „fenomen socjologiczny”. Jest jednocześnie tytanem pracy i człowiekiem, dla którego pisanie jest jak czynność życiowa, fizjologia. Dzisiejszy bohater to Stephen King – znany jako król horroru, literacka gwiazda popkultury. Jego proza bije też wszystkie rekordy, jeśli chodzi o adaptacje filmowe: 52 filmy fabularne, 28 seriali telewizyjnych i filmów i 19 sequeli. Stan ten przyrasta ruchem jednostajnie przyspieszonym, bo i 74-letni pisarz nie traci czasu, i filmowcy nie mogą się nim nasycić: najświeższe produkcje to nowa ekranizacja „Miasteczka Salem”, „Wielki marsz” i „Outsider”.


Kariera Kinga zaczynała się z pewnymi oporami, wydawcy kręcili nosem na pierwsze próby powieściowe, zlecali niekończące się poprawki, by i tak odesłać książki do kosza. Ale gdy wreszcie wystartował, była to już bomba i trzęsienie ziemi razem. W jednej chwili stał się literacką gwiazdą za sprawą „Carrie” – horroru, z którego niemal natychmiast powstał kultowy film w reżyserii Briana de Palmy. Zjawiskowa Sissy Spacek kreowała w nim rolę obdarzonej zdolnościami telekinezy nastolatki, która mści się na swoich szkolnych dręczycielach. Zaraz potem King machnął „Miasteczko Salem”, z którego również od razu zrobiono serial i poprawił „Lśnieniem” (rok 1977) – hitem, którego ekranizacja z 1980 w reżyserii Stanleya Kubricka stała się najsłynniejszym filmem grozy być może w całej historii kinematografii. A potem było tego więcej i więcej, by rzucić ad hoc parę tytułów: „Misery” Roba Reinera, „Christine” Johna Carpentera, „Martwa strefa” Davida Cronenberga, „Doktor Sen” Mike’a Flanagana lub mniej kojarzące się z Kingiem filmy, jak „Skazani na Shawshank” czy „Zielona mila” Franka Darabonta.

Przegląd anegdot biograficznych należy zacząć od obowiązkowej u artystów traumy z dzieciństwa, jaką było w tym wypadku porzucenie rodziny przez ojca. Pan Donald King wyszedł z domu po papierosy i wziął nogi za pas, kiedy Stephen miał 2 lata. Dorastanie oraz młodzieńcze lata wiązać się będą u przyszłego autora bestsellerów przede wszystkim z biedą i jeśli ktoś zasługuje tu na wspomnienie to jego matka Ruth (Nellie Ruth Pillsbury), która zapracowywała się na śmierć i była całkowicie oddana dzieciom – Stephenowi i jego starszemu przyrodniemu (adoptowanemu) bratu. Co smutniejsze, kiedy nastąpił spektakularny zwrot akcji w tej historii i Stephen stał się właściwie z dnia na dzień niewyobrażalnie, również dla siebie, zamożny, matka właśnie umierała na raka i nie udało synowi jej dobroci i poświęceniu zadośćuczynić.

Sprawa z popularnością książek Kinga jest niezwykle ciekawa. Po prostu wszystko, co napisze – czasem rzeczy bardzo dobre, ale i słabsze, średnie – wszystko to sprzedaje się na pniu. To rzeczywisty fenomen socjologiczny. Książki podpisane nazwiskiem King idą jak świeże bułeczki. Zaeksperymentował z tym fenomenem sam bohater tej opowieści, postanowił mieć podwójną tożsamość twórczą i kilka swoich powieści opublikował pod nazwiskiem Richard Bachman. Książki te po pierwsze nie szły, a po drugie spotkały się ze zjadliwymi zarzutami naśladownictwa mistrza, oczywiście nieudolnego i niesięgającego pięt, „musisz się jeszcze wiele nauczyć” – radzili czytelnicy. Niezręczną sytuację przerwał King, robiąc coming out, czasem wracał jako Bachman, wydał tak aż 9 książek.

Biografowie piszą, że książki zawsze były dla Kinga sposobem na odreagowanie fobii, lęków i ciemnej strony. Po napisaniu „Lśnienia” King trochę bałamutnie mówił w wywiadach, że powieść ta powstała, by pokonać agresję i niechęć, jaka obudziła się w nim – młodym ojcu – w stosunku do jego dzieci – wkurzających, hałaśliwych i kłopotliwych, jak to dzieci. Ale większym tematem w przypadku tego dzieła wydaje się oczywiście alkoholizm i lęk przed twórczą niemocą. Strach przed pokonaniem tych demonów pojawi się na serio w życiu Kinga 20 lat później, kiedy jako skrajny alkoholik i narkoman będzie z nałogu bohatersko wychodził, panicznie bojąc się, że to używki były tym, co pozwoliło mu pisać, że trzeźwy straci talent, a już na pewno lekkość pióra, że będzie w mękach wyduszał z siebie zdanie po zdaniu. Jego powieść, wydana w 77 roku, była już wtedy dotkliwie o tym. 

"Lśnienie" - okładka książki

Bezpośrednią inspiracją do napisania „Lśnienia” był wyjazd Stephena i jego żony do hotelu Stanley w Estes Park. Miał to być reset po emocjach towarzyszących nagłemu zwrotowi w karierze Kinga, premierze „Carrie” i jej adaptacji, ale też po niedawnej śmierci matki pisarza. Ktoś polecił im ten hotel jako spokojny i odludny. Tak było. Kiedy dotarli na miejsce okazało się, że są ostatnimi gośćmi w sezonie, po drodze mijali tablice z napisami: „Ta droga będzie zamknięta całą zimę”, w hotelowej restauracji orkiestra grała tylko dla nich, a na pozostałych stołach stały krzesła obrócone do góry nogami. Drzwi skrzypiały, wiatr hulał w okiennicach, a szlauchy przeciwpożarowe na korytarzach wyglądały jak węże. Stephen w ciągu jednej nocy ułożył sobie ponoć w głowie tę historię – potem zaczernił nią kilkaset stron papieru. 

Na planie "Lśnienia"

Mitem obrosła też produkcja filmu, począwszy od anegdoty o Kubricku, który z odrazą rzuca o ścianę kolejne horrory, które zakupił w poszukiwaniu odpowiedniego dzieła do adaptacji i nagle zapada się w ciekawą powieść – „Lśnienie”. Sporo opowieści dotyczy legendarnego profesjonalizmu Kubricka. Zdjęcia do filmu trwały rok, były bardzo wymagające dla wszystkich członków ekipy, ale głównie dla aktorów. Kubrickowi zależało na tym, żeby ich realna kondycja wspomagała rolę, dlatego Jacka Nicholsona przez cały czas starał się wprawiać w stan irytacji, a Shelley Duvall traktował podobno ze szczególnym okrucieństwem, co miało pozwolić jej na stworzenie przekonującej kreacji kobiety na skraju wyczerpania i śmierci. Do legendy przeszło 127 dubli sceny, w której Wendy, trzymając w rękach kij bejsbolowy, cofa się ze strachu przed Jackiem. 

Scena dublowana 127 razy

Ten gigantyczny wysiłek fizyczny i psychiczny nie opłacił się Duvall, była za swoją kreację wyśmiewana, a jako najgorsza aktorka nominowana, podobnie zresztą jak Kubrick za reżyserię, do Złotych Malin. Do słynnej sceny „Here’s Johnny!” zużyto podobno 60 par wzmocnionych, trudnych do rozwalenia drzwi, tak żeby Nicholson mógł naprawdę wkurzyć się i zmęczyć, wybijając w nich okienko na swoją zjawiskową, oszalałą twarz. Stosunek nakręconej taśmy do filmu wyniósł, jak podają źródła, 102 do 1. Tylko chłopiec grający filmowego Danny’ego, Danny Lloyd, był otaczany przez Kubricka troską i opieką, ponoć nie miał pojęcia, że gra w horrorze, zobaczył film dopiero na progu dorosłości, gdy miał lat 17. 

„Here’s Johnny!”

Kingowi film Kubricka się nie podobał, do dziś irytują go rankingi, w których nazywany jest horrorem wszech czasów. Kiedy wytwórnia Warner udzielała mu po latach zgody na powtórną adaptację „Lśnienia” (mało kto ją zauważył), warunkiem było, że ma przestać wreszcie publicznie sarkać na pierwszą ekranizację. King nazywał film „limuzyną bez silnika”, uważał, że zmiany scenariuszowe zabiły właściwy sens i historia przestała być straszna. Złościło go, że Kubrick zmienił mu bohaterów. Z Wendy zrobił, jak twierdził King, „głupią babę”, a wybór Nicholsona, znanego już wtedy z „Lotu nad kukułczym gniazdem” i „Easy Ridera”, sprawił, że główny bohater wydawał się niezrównoważony od samego początku historii, co niszczy pomysł i zabija zaskoczenie. 

Myślę, że tak nie jest. Przeciwnie, adaptacja Kubricka sprawia, że postać Jacka wiele zyskuje. Torrance jest ucieleśnieniem zła, będącego stałą częścią ludzkiej natury, zła pochodzącego z wnętrza człowieka. To bohater, który będzie powracał do hotelu Overlook, dopóki człowiek będzie istniał, bo zło jest wieczne, nieskończoną ilość razy pojawiało się w historii ludzkości i nieskończoną ilość razy jeszcze powróci. To normalność i równowaga są tym, o co mozolnie i z trudem trzeba walczyć. Szaleństwo i okrucieństwo to dla świata i człowieka stan naturalny.

I tu pojawia się ostatni już wątek: intelektualny wymiar dzieła Kubrika, które pod tym względem na pewno przewyższa swój literacki pierwowzór. Liczba dysertacji naukowych, które można znaleźć na temat tego filmu, również w języku polskim, jest znaczna, nie bez przyczyny. Analiza tego filmu jest wyzwaniem. Kubrick wciąga w intelektualną zabawę, każąc rozmyślać nad symboliką luster, wielokrotności, symetrii. Zachęca, by zastanawiać się, jak w filmie działa czas, co oznacza motyw labiryntu. Czy mamy do czynienia z mitem Minotaura, czy Jack jest współczesnym Faustem kuszonym przez złe moce? Co oznaczają pochowane tu i ówdzie gry numerologiczne? Jakie znaczenie ma to, że hotel Overlook zbudowano na cmentarzysku Indian? Tych tropów interpretacyjnych jest tak wiele, że powstał na ich temat film dokumentalny „Pokój 237” w reżyserii Rodneya Aschera, zestawiający najbardziej radykalne teorie na temat tego horroru, oparte nie tylko na konwencjonalnych analizach języka i struktury dzieła filmowego, lecz także sięgające po tak nieoczywiste zabiegi, jak jednoczesne odtwarzanie filmu od początku i od końca, żeby sprawdzić, czy jakiegoś przesłania nie ukrył w nim Szatan.

Jeśli zatem wchodzi w grę kuszenie do złego, mam propozycję. Właśnie zaczyna się narodowa kwarantanna, zamknięte hotele świecą pustkami, w górach trwa zima na całego. Można wziąć dzieci, życiowego partnera i zaszyć się gdzieś z zamiarem napisania książki lub choćby opowiadania. Pierwsze zdanie mogło by brzmieć: „All work and no play makes Jack a dull boy”. A potem nastąpi szalony ciąg dalszy.

Książka i audiobook dostępne są wszędzie, film Stanleya Kubricka można obejrzeć na Netflixie i CDA.

Katarzyna Majewska