środa, 17 listopada 2021

Based on a „true” story? Istota dokładności historycznej na ekranie

Źródło: sheroamsandrambles.com

Przeszłość to zmienna bestia. Jest badana, zapisywana, dyskutuje się o niej, a powiedzenie głosi, że historię piszą zwycięzcy. Jest jakaś prawda w tym, że rzeczywistość zawsze będzie przesiąknięta stronniczością czy przemilczeniami. Jednak co się stanie, gdy połączymy historię i Hollywood? Czy historia ma znaczenie, jeśli film jest świetny? Czy wolno nam deformować wydarzenia historyczne w imię kina?


Kino jest sztuką. Edukuje, jednak nie traci walorów estetycznych, fabularnych, rozrywkowych. Wydarzenia z przeszłości bez wątpienia stanowią inspirację do niesamowitego dzielenia się przeżyciami z publiką. Niemniej na inspiracji powinno się to kończyć, gdyż inaczej powstanie nam dokument, a nie film czy serial fabularny, czyli rozrywkowe dzieło sztuki. Kiedyś byłam zagorzałą zwolenniczką tego, by filmy historyczne przestały chojraczyć i wreszcie sprawiedliwie odzwierciedlały wydarzenia, otoczenie, kostiumy z fryzurami czy postacie. Cóż, podejście się zmieniło, lecz wraz z nim sama branża filmowa.

Fantazjować o przeszłości, owszem, można, lecz należy o tym poinformować widza, by ten nie myślał, że jak zobaczy działo, pełne uzębienie, krynolinę czy zamek, to tak na pewno było X lat temu i to wszystko miało miejsce w jednej epoce. To są błahostki. Z kolei zła narracja w wydarzeniach historycznych może podświadomie pielęgnować chociażby seksizm, rasizm, nacjonalizm i wrogość. Jakby nie patrzeć, historia służy nam do tego, by spoglądać na nią krytycznym okiem i unikać powielania błędów w przyszłości.

Historyk z Uniwersytetu Cambridge, Peter Burke, twierdzi, że historię postrzegamy oczami tych, którzy ją „kreują”. Jednym z najlepszych przykładów potwierdzających tę tezę jest filmowy dramat historyczny, który ma tendencję do „edukowania” ogółu społeczeństwa w zakresie historii o wiele skuteczniej niż jakakolwiek praca naukowa lub film dokumentalny, niezależnie od dokładności.

Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że znaczna część produkcji z etykietą „historyczny” powinna być prawidłowo nazwana „fantasy”. W końcu fantastyka czerpie motywy z konkretnych epok historycznych, czasami nawet wykorzystuje rzeczywiste postacie, ale używa ich do wykreowania własnego świata. Pozwala to twórcom budować scenografię dla głównego wątku miłosnego, mnożyć przeszkody na drodze bohaterów do mitycznego i wyczekiwanego przez fanów „żyli długo i szczęśliwie” (lub rzadziej „żyli krótko i nieszczęśliwie”) bez konieczności uwzględniania faktów historycznych. W końcu film, gdzie na przykład postacie są ubrane w suknie i koronki lub mieszkają w pałacach, nie czyni produkcji tworem historycznym, zaś magia, smoki i konie jako jedyny środek transportu nie definiują historii jako fantasy.

Istnieje strona Information Is Beautiful, która weryfikuje prawdę w filmach. Na osi czasu, klatka po klatce, poprzez kolory, jak i opis, możemy odczytać, na ile dana scena jest zgodna z rzeczywistością. Jest to całkiem przydatne narzędzie. Poniżej widać przykład analizy „The Social Network”.

Źródło: www.informationisbeautiful.net

Filmy oparte na wydarzeniach historycznych nie są łatwe do nakręcenia. Filmowcy muszą znaleźć delikatną równowagę między wciągającym dramatem a historyczną dokładnością. Wciśnięcie do produkcji ogromu historycznych szczegółów może sprawić, że ucierpi na tym fabuła, a wszyscy oprócz naukowych geeków będą je ignorować lub besztać. Natomiast poświęcenie zbyt wielu faktów historycznych na rzecz wciągającej fabuły spowoduje, że odbiorcy zamiast chwalić produkcję, prędzej będą wskazywać, co w niej źle zrealizowano.. Dodatkowo, internetowi „wszystkowiedzący” rozpoczną szkalowanie choćby za błędne umieszczenie epoletu na mundurze oficera. Ogólnie rzecz biorąc, zaleca się, aby być tak dokładnym, jak to tylko możliwe, bez narażania historii na szwank.

Moim zdaniem można odnaleźć złoty środek. Odbiorca jest rozumny i potrafi odróżnić fakty od fikcji. Świadomie angażuje się w opowiadaną mu historię lub „historię”. My pozwólmy twórcom czerpać z przeszłości, reinterpretować ją na nowo i nie dać nam zapomnieć. Niech dokonują zmian, by widzom płynnie przemierzało się przez serwowane opowieści. Niech szaleją, zmieniają bieg wydarzeń, by sprawdzić, co by było, gdyby… Niech tworzą oszałamiające – scalające różne epoki i ludzkie myśli – kostiumy. W końcu to tylko kino, a nie traktat. Jednak ważne, aby te artystyczne zamiary były jawne, by produkcja nie udawała, że przedstawia nam prawdę, ukradkiem deformując pokazywane realia.

Wszystko zależy od konkretnej historii i wizji, jaką ma twórca. Chciałabym przedstawić kilka przykładów, gdzie poprawność historyczna była różnorako egzekwowana, a efekt i tak był co najmniej zadawalający.

„Selma”, czyli 100% prawdy

Źródło: filmweb.pl

„Oparty na prawdziwych wydarzeniach” to cztery słowa, które powodują, że widzowie wchodzą do kina z rezerwą. Zwroty typu „na podstawie” sugerują pewną przypadkowość i że zdarzenia zostaną upiększone, by film był choć trochę bardziej rozrywkowy i widowiskowy. Taka ostrożność nie musi dotyczyć „Selmy” – biografii zrealizowanej przez Avę DuVernay poświęconej liderowi praw obywatelskich Martinowi Lutherowi Kingowi. Produkcja została uznana za w 100% historycznie dokładną. Badanie zostało przeprowadzone przez stronę Information Is Beautiful, która przyjrzała się prawdziwości scen. Film w dużej mierze zawdzięcza swoją rzetelność dobrze udokumentowanej działalności Luthera Kinga w tamtym czasie, w tym nagranym rozmowom telefonicznym, materiałom filmowym i listom.

Tutaj nie chodzi o to, by nas zachwycać, czy żebyśmy spadli z krzesła pod wpływem plot twistów. Historia ma oddać sprawiedliwość ważnym wydarzeniom oraz w swej surowości nieść przesłanie o ponadczasowej i uniwersalnej potrzebie jedności i słuszności. Może dla niektórych być to słabe, nudne, bez polotu, poprawne politycznie, schematyczne, lecz bez wątpienia nie nakręcono szpetnej karykatury. Film ten opowiada o jednym z przełomowych momentów w historii Ameryki, który wielu widziało na własne oczy, zaś znaczna część uczestników marszu z Selmy do Montgomery wciąż jest z nami. Misją twórców było przekazanie historii kolejnym pokoleniom.

„Gladiator”, czyli fikcja budująca historię i historia budująca fikcję

Źródło: kultura.onet.pl

„Gladiator” jest niczym miecz obosieczny. Zarówno otrzymał pochwały, jak i został skrytykowany za przedstawienie starożytnego Rzymu. Podczas gdy niektórzy historycy twierdzą, że poszczególne aspekty Imperium zostały przedstawione całkiem poprawnie, jest on również pełen nieścisłości. Maximus jest niejasnym zespoleniem kilku postaci historycznych, niepoprawnie pomieszano łacinę z językiem włoskim, wykreowanie postaci Commodusa II nijak nawiązujące do jego pierwowzoru, fakt, iż generał nigdy nie został mianowany dziedzicem itd.

Jednak nie o to chodzi, by zapewnić widzom lekcję historii. Starożytny Rzym, gladiatorzy, niewolnictwo… To tylko preteksty, by opowiedzieć poruszającą historię, użyć pewnych tropów i postaci do przekazania uniwersalnych prawd. Choć wartość dramaturgiczna filmu jest na najwyższym poziomie, jego historyczna dokładność jest mocno wątpliwa. Mimo to zadajmy sobie pewne pytanie. Czy naprawdę wolelibyśmy mieć idealnie odwzorowany historycznie film kosztem strony emocjonalnej i fabularnej, nawet jeśli ta produkcja może skłonić do zadawania pytań, wywołać dyskusję, wyostrzyć naszą zdolność oceny i analizy? Takie podejście jest niezbędne nie tylko do zrozumienia historii, ale także do zrozumienia świata, w którym dziś żyjemy.

„Bękarty wojny”, czyli co by było, gdyby…

Źródło: film.org.pl

Ten prawdopodobnie najbardziej zuchwały film Quentina Tarantina skupia się na dwóch planach zamachu na Adolfa Hitlera w okupowanej przez Niemców Francji podczas II wojny światowej. Jeden z nich został zaplanowany przez młodą Francuzkę, której rodzina została zamordowana przez nazistów, a drugi przez grupę żydowsko-amerykańskich żołnierzy znanych jako „Bękarty”. Podczas gdy większość postaci w filmie jest fikcyjna, kilku z głównych antagonistów nazistowskich – w tym oczywiście Hitler i Joseph Goebbels – to postacie historyczne, podobnie jak Winston Churchill, ówczesny premier Wielkiej Brytanii, który pojawia się w filmie na krótką chwilę.

Rzeczywistość jest naginana, lecz to wszystko wydaje się nadnaturalne i wyolbrzymione, co doskonale uświadamia nas w tym, że oglądamy spektakl. W swej grotesce film ten obnaża piętno Holocaustu, które jest głównym przykładem moralnego zła, nie poprzez taktycznie przywołane argumenty czy dziki irracjonalizm, lecz dzięki fantazjowaniu o dramacie zemsty, który sam w sobie jest pełen moralnych dwuznaczności. W zakończeniu Tarantino dokonuje idealnego zderzenia historii i fikcji, dostarczając śmiałej odrobiny rewizjonizmu życzeniowego dotyczącego losów Hitlera. Reżyser korzysta z magii kina i nieograniczonej wyobraźni, by pozostawić nas z pytaniem: Co by było, gdyby Hitler…

„Bridgertonowie”, czyli baśń z szałem ciał

Źródło: kultura.onet.pl

Chociaż serial na podstawie książek Julii Quinn był poniekąd inspirowany przeszłą epoką i niektórymi postaciami historycznymi, to aż opiewa fikcyjnością i jest stworzony dla współczesnej widowni. Już z prologu można wywnioskować, że produkcja ta będzie pewną baśnią, która nie chce mieć nic wspólnego z historią. Zamiast tego luźno sięga do przeszłości. Można jedynie dostrzec odrobinę inspiracji, jak chociażby moda – krój sukni z epoki napoleońskiej, lecz jej zdobienia czy materiały współczesne. Twórcy na nowo kreują wyobrażony świat. Zagłębiając się w niego, nie jesteśmy na lekcji, nie jest to dokument. Dowodzą temu chociażby liczne potańcówki do hitów pokroju Taylor Swift. Wyraźnie jest to łączenie historii i fantastyki z domieszką romansidła w bardzo ekscytujący sposób. Idealne guilty pleasure.

Jednym z podejść, które przyjęto, jest świat bez rasizmu. Czarnoskóra królowa, czarnoskórzy arystokraci. Wszystko oczywiście wytłumaczone pokojową rewolucją, która rozegrała się wcześniej w tym uniwersum. Rzecz jasna są też motywy poruszane w serialu, które są współczesnymi, relatywnymi problemami. Produkcja odzwierciedla świat, w którym obecnie żyjemy, i mimo że akcja rozgrywa się w XIX wieku, możemy poniekąd utożsamić się z nim i zobaczyć siebie na ekranie. W ten sposób „Bridgertonowie” stanowią przykład wykorzystania historii nie jako gatunku, lecz jako otoczki. Ostatecznie seria jest o ludziach i życiu w tym świecie, a nie o tym, jak zmieniła się historia. Dla wszystkich narzekających, że alternatywne wersje wydarzeń są zbyt skupione na nazistach oraz wojnach przez nich toczonych, „Bridgertonowie” sugerują, że istnieją inne podejścia, czasy i miejsca, które można zbadać na sposoby małe, jak i duże.

Filmy historyczne mogą zainspirować nas do poszukiwania informacji na temat przedstawianego okresu. Porównanie różnicy między faktem historycznym a filmową fikcją pozwala widzowi przeanalizować nie tylko to, co twórca filmu wie o danym okresie, ale także to, jak autor wykorzystuje tę historyczną rzeczywistość, by sformułować przekaz. Nie zapominajmy, że produkcje nawet w swym maksymalnym potencjale będą tylko iluzją przeszłości. Może filmy historyczne to po prostu naturalny proces przekształcania prawdy w mit, a mitu w legendę?

Milena Debrovner

piątek, 5 listopada 2021

Czy warto wybrać się do kina na „Furiozę?”


Film Cypriana T. Olenckiego wpadł do kin jak burza. Produkcja osiągnęła ponad 100 tysięcy widzów podczas premierowego weekendu. Czy jest to zaskoczenie? Cóż, chyba nie każdy się spodziewał, że film o grupie łobuzów przyciągnie aż tylu widzów do kina. Rzecz w tym, że „Furioza” to nie tylko opowieść o miejskiej chuligance. Bez wątpienia opowiada o czymś więcej.

Zacznijmy od tego, że w filmie mamy poruszonych kilka ważnych wartości oraz problemów. Jest miłość, zarówno jak i przyjaźń, są zasady, ale także zdrady. Mamy do czynienia z obsesyjną pogonią za pieniędzmi i władzą, ale także z walką o swoje i próbą utrzymania reguł i „porządku” w grupie chuligańskiej. Oprócz tego jest bardzo dużo przemocy, co chyba nikogo nie dziwi. Reżyser przedstawia nam obraz funkcjonowania grup chuligańskich z kilku perspektyw. Z jednej strony widzimy agresywną grupę kiboli, która szuka tylko okazji, aby komuś spuścić przysłowiowy „wpierdol” za to, że jest fanem innej drużyny piłkarskiej. Natomiast z drugiej strony film przedstawia nam społeczność osiedlowej chuliganki jako rodzinę z zasadami, której członkowie są gotowi oddać za siebie życie. Widzimy także grupę łobuzów z perspektywy policji, jako wiecznie nieuchwytną zarazę, która nigdy nie przestanie być problemem.

Podczas oglądania „Furiozy”, zagłębiając się w życie kiboli, towarzyszy nam wiele różnych emocji. Film sprawia, że oprócz złości i pogardy (którą zazwyczaj odczuwają ludzie) wobec tej grupy, towarzyszy nam również współczucie i podziw względem zasad, które chuligani ustanowili wobec własnego osiedla i siebie samych. Poznajemy tę społeczność od środka oraz dowiadujemy się, jak postrzega siebie samą.


Kibole mają zasady? Dla niektórych może wydać się to abstrakcyjne, ale właśnie taki obraz przedstawiany nam jest w „Furiozie”. Konkurujące gangi spotykają się w lasach na tak zwane „ustawki”, aby bić się nawzajem do nieprzytomności, i nie ma mowy o używaniu broni w trakcie starcia. Zwyczajna „napierdalanka”, jak na prawdziwych chuliganów przystało. Ale czy istnieje ktoś, komu nigdy nie zdarzyło się złamać zasad? Rzecz w tym, że w świecie chuliganki funkcjonuje reguła „Oko za oko, ząb za ząb”, a bywają gorsze scenariusze, gdzie ze błędy przypłacisz własnym życiem. Można powiedzieć, że jest to chyba jedna z najważniejszych rzeczy, jaką próbuje przekazać nam film, czyli to, z jak wielką powagą chuligani podchodzą do ustalonych zasad, i to, jak kończą Ci, którzy dane reguły łamią. Czy jest tu miejsce na litość lub przebaczenie? Zdecydowanie nie ma i trzeba przyjąć solidną karę za każdą decyzję podjętą wbrew zasadom gangu. Pomimo wielu mocnych scen akcji, jakie funduje nam film, i nieprzerwanego napięcia w „Furiozie” również znalazło się miejsce na wątek miłosny. Nie spojlerując, wspomnę tylko że, film z pewnością nie podważa nam słynnego powiedzenia „Łobuz kocha najbardziej”. Aczkolwiek bez wątpienia, jeśli chodzi miłości w „Furiozie”, twórcy najbardziej skupiają się na tej pomiędzy osiedlowymi braćmi. Możemy nienawidzić kiboli, ale oglądając ten film, nie możemy nie zgodzić się z tym, że dla chłopaków z „Furiozy” nie ma rzeczy niemożliwych, jeśli w grę wchodzą przyjaźń i dobro kumpla. Dosłownie – są gotowi zabić za siebie nawzajem. Czy film broni szkodliwych działalności środowisk kibolskich? Absolutnie nie. Tak jak wspomniałam wcześniej – pokazuje tę społeczność z kilku perspektyw. Z pewnością głównie zderzamy się z jej negatywami i konsekwencjami przynależności do gangu. Czy gangi w rzeczywistości funkcjonują tak jak w „Furiozie”? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, bo do żadnego nie należę :) Ale bez wątpienia cała ekipa „Furiozy” przeprowadziła wnikliwe analizy środowisk chuligańskich, zanim przystąpiono do napisania scenariusza i realizacji produkcji.

O czym jeszcze opowiada „Furioza”? O tym, jak trudno opuścić miejsce, do którego się należy, i wyzbyć się wszystkiego, co do tej pory było nam wpajane, łamiąc zasady w imię własnego dobra, lub dobra bliskich. Z jaką trudnością przychodzi nam wybór innej ścieżki w życiu, kiedy środowisko, z którego pochodzimy, dyktuje nam tylko jedną, prostą drogę i prześladują nas demony przeszłości. Moim zdaniem film opiera się na tezie, która utrzymuje, że nieważne co byśmy zrobili, miejsce, z którego pochodzimy, i tak nigdy nas nie opuści. Mimo zmiany priorytetów w życiu wszystko, z czym się spotkaliśmy, zawsze będzie gdzieś w środku nas i nie da się wyzbyć tego, kim naprawdę jesteśmy.
Co w takim razie oferuje nam film? Na pewno dużo frajdy, sporo scen walk, akcji i jeszcze więcej adrenaliny. Bez wątpienia to wskazana propozycja dla Ciebie, jeśli podobały Ci się takie filmy jak: „Hooligans”, „Jak zostałem gangsterem”, „Skrzydlate świnie” czy „Pitbull”. Czy warto wybrać się do kina na „Furiozę”? Zdecydowanie tak!

Michaela Kunda

sobota, 30 października 2021

Pragnienia krwi nie zaspokoi nic. Wampiry w kinie

indiewire.com

Najsłynniejszy i prawdopodobnie najstarszy potwór kina od swojego debiutu przed publiką w XIX wieku przeszedł sporą przemianę. Przerażał, odpychał, zasmucał, skłaniał do refleksji, uwodził, bawił. Od nieludzkiego potwora niezasługującego na nasze współczucie, po człowieka dźwigającego ciężar wiecznej egzystencji. Pojawiał się w historiach, które oddzielały setki kilometrów, i w kulturach, które dzieliło setki lat. Jak wyglądała droga ewolucji wampira i czemu słynny Dracula jest dosłownie (i w przenośni) nieśmiertelny?

Geneza – narodziny wampira

Postać wyeksploatowana przez kulturę ponad wszelką przyzwoitość musi gdzieś mieć swoje korzenie. Mit sięga aż do starożytnego Babilonu. Wieki później jako pokłosie romantyzmu, z demona słowiańskich (i nie tylko) wierzeń ludowych, wąpierz przeniknął do kultury angielskiej. Po wystąpieniu w wielu powieściach powrócił do popkultury jako znany nam wampir. Istnieje wiele teorii mówiących, skąd się nasz bohater wziął. Od postaci historycznej znanej jako rumuński Wład Palownik, która stanowiła inspirację do powołania Draculi, po metaforę wampira służącą jako zobrazowanie człowieka toksycznego, żerującego emocjonalnie na innych. Są też nietoperze żywiące się zwierzęcą krwią (wampir zwyczajny). Może wampiryzm wywodzi się z kultury chińskiej; ma to być związane z leczeniem chorób krwi za pomocą podawania chorym krwi bydła – później rodziły się obawy, iż niektórzy zabijali ludzi, by z nich pić. Wielu badaczy wskazuje na porfirię, zaburzenie krwi, które może powodować występowanie pęcherzy na skórze wystawionej na działanie promieni słonecznych, jako chorobę, która mogła być powiązana z omawianą tu legendą. Myślę, że po części każda z tych opcji dorzuciła swoją cegiełkę do wykreowania wampira.

Ile legend, produkcji, tyle wampirzych cech. Możemy jednak zaobserwować te powtarzające się w niemal każdej książce czy filmie, mimo że z czasem zaczęliśmy traktować i interpretować przewrotnie większość krwiożerczych charakterystyk. Żywienie się ludzką krwią, posiadanie ostrych kłów, spanie w trumnie, unikanie promieni słonecznych, wstręt do srebra, czosnku i krucyfiksu, nieśmiertelność, niezwykłe zdolności nierzadko łamiące prawa fizyki, brak odbicia w lustrze czy rzucania cienia. Generalnie klasyka gatunku.

„Varney the Vampire” był popularnym gotyckim horrorem, który był rozpowszechniany w wiktoriańskiej Anglii w broszurach zwanych „penny dreadfuls”. Źródło: mprnews.org
Kino – widząc wampira

Od demona przypominającego dzisiejsze zombie, przez nietoperzopodobnego humanoida w powłóczystym stroju, po wcieloną inteligencję czy piękność. Wampira wyobrażano sobie na nowo i redefiniowano w niemal każdym filmie, w którym się pojawił. Za jego debiut w kinie uznaje się niemą „Rezydencję diabła” z 1896 roku w reżyserii Georgesa Mélièsa. Jednak wraz z nadejściem kina dźwiękowego wampir zyskał nie tylko głos, ale także przestał być dzikim zwierzęciem, by z dekady na dekadę ewoluować w człowieka z pogłębionym psychologizmem i złożoną osobowością.

Zanim „Dracula” został opublikowany w 1897 roku, czytelnicy byli już przesiąknięci opowieściami o wampirach. Bram Stoker, czerpiąc z istniejących tropów, stworzył trwałe arcydzieło horroru, które stało się kulturową podstawą. Od tego czasu postać hrabiego Draculi pojawiła się w ponad 200 filmach.

Horror – początki kina grozy

Dokładnie sto lat temu w jednej z niemieckich gazet pojawiło się dość dziwne ogłoszenie. Poszukiwano „30–50 żywych szczurów”. Ogłoszenie, które ukazało się 31 lipca 1921 roku, było zaproszeniem na casting. Gryzonie były potrzebne do filmu… „Nosferatu: Symfonia grozy” Friedricha Wilhelma Murnaua z 1922 roku jest pierwszą pełnometrażową adaptacją późnowiktoriańskiego „Draculi” Stokera, jak i perłą kina niemego. W tym filmie hrabia Orlock jest dziwacznie wysoką, wysuszoną wręcz mumią i ma okropnie przerysowane rysy swej trupiobladej twarzy. Śledzą go szczury i ma zdolność rozprzestrzeniania zarazy, obnażając obawy społeczeństwa z początku XIX wieku, ogarniętego obsesją strachu przed obcokrajowcami oraz śmiercią w wyniku pandemii. Brzmi znajomo? Dodatkowo odczytuje się tu wampira jako metaforę rosnącej potęgi Adolfa Hitlera i przepowiednię nadchodzącego terroru wojny. To, co łączy te interpretacje, to poczucie grozy i ludzkiej błahości w obliczu nieziemskiego i niemal niezniszczalnego zła.

W tamtych czasach był to prawdopodobnie najstraszniejszy film, jaki kiedykolwiek powstał. Widzowie nie byli przyzwyczajeni do oglądania czegoś tak złowrogiego. Być może produkcja nie straszy dziś tak jak kiedyś, lecz obraz wampira idealnie wpasowującego się w otwory drzwiowe i prześladującego ofiarę ze swoim cieniem rozciągniętym na ścianie jest co najmniej niepokojący. Tym bardziej, jeśli dodamy do tego scenerię zamczyska wyglądającego niczym animizacja bestii. Istna kondensacja kubistycznych wnętrz i efektów światłocieniowych. W tym świetle strach przed tytułowym Nosferatu wydaje się niemal racjonalny, a jego wampiryczna postać nabiera zupełnie nowego, symbolicznego znaczenia, dając twórcom skrzydła do przekazywania idei i krytyki społecznej.

Nosferatu. Źródło: www.tdg.ch

Dramat – wampir też człowiek

Film „Dracula” z 1932 roku w reżyserii Toda Browninga przedstawia wampira, który nie jest już tylko przerażającym, krwiożerczym demonem, jak jego niemiecki poprzednik Nosferatu. Tak samo starszy o 60 lat „Dracula” Francisa Forda Coppoli z 1992 roku jest inteligentną, świadomą istotą, daleką od ludycznej wizji demonów. Zrzucono stare kajdany wcześniej zdefiniowanego gatunku. Po kilkudziesięciu latach ewolucji nasz bohater posiada ściśle ludzkie emocje, a także zna zasady i wartości moralne. Coppola nie kombinuje, nie eksperymentuje. Jego Vlad nadal ma kły, bladą cerę, jest archaiczny, co w tym wypadku kreuje aurę mrocznej baśni. Baśni, w której króluje romantyczna miłość gotycka, jak i seksualna.

Tutaj Dracula w swej najlepszej formie (po odżywieniu się) jest przystojnym, wyrafinowanym arystokratą, który z łatwością bryluje w towarzystwie. Ta pozornie drobna zmiana w wyglądzie postaci drastycznie wpływa na stosunek widzów do wampira. W zamyśle Stokera miał on być zbyt odrażający, by przemówić do kogokolwiek, kto nie jest uwięziony przez jego moc hipnozy. Przyczyny popularności takiego wizerunku mogą być dwojakie. Widzom łatwiej jest nawiązać relację z antagonistą, który wygląda jak człowiek, a potwór w przebraniu, który potrafi wtopić się w społeczeństwo, jest groźniejszy niż ten, który przez swój odrażający wygląd jest uwięziony w cieniu.

Coppola ożywia potężną więź między Miną a Draculą wprowadzoną przez „Nosferatu” i eskaluje ją do wyrafinowanego romansu, uzupełnionego o wielowiekową historię i nowe pochodzenie złego hrabiego. U Stokera hrabia przyjeżdża do Londynu, by zyskać łatwy dostęp do ofiar. U Coppoli poszukuje on Miny Harker, którą uważa za reinkarnację swej tragicznie zmarłej przed wiekami żony. Goni za miłością swego życia i tylko ona nadaje jego egzystencji sens. Tradycyjny motyw pogoni za krwią zostaje stłumiony. W iście romantycznym duchu Vlad nie atakuje Miny, chociaż wiemy, że może. Zamiast tego zaleca się do niej, aż ta błaga go, by uczynił ją nieśmiertelną, aby mogła być z nim na zawsze. On, płacząc, odpowiada: „Kocham Cię zbyt mocno, aby Cię potępić”.

Dracula nie jest złą siłą, lecz zakochanym mężczyzną, który jest gotów poświęcić swoją szansę na połączenie z utraconą żoną, aby zapewnić jej to, co jest dla niej najlepsze. Odpowiedzialność za przemianę Miny w wampira nie spoczywa na hrabim, lecz na niej samej, a decyzję tę dziewczyna podejmuje z miłości do niego. Wrażliwa, kochająca postać Draculi Coppoli wzbudza sympatię widza bardziej niż poprzednie wersje wampira. Podły, nietykalny stwór stał się tragicznym, demonicznym kochankiem. Śmierć Draculi nie jest więc zwycięstwem dobrej siły, która wyzwala ludzkość od satanistycznego zła. Jest natomiast aktem miłości z ręki Miny, która uwolniła duszę potępionego kochanka, by mógł spokojnie spocząć.

Płaczący Dracula. Źródło: film-grab.com

Stoker dał wampirom kły, a Annie Rice duszę i serce. Filmowa adaptacja powieści „Wywiad z wampirem” przedstawia problematykę subiektywnej moralności oraz świadomości egzystencjalnej natury życia. Przedstawiając wampiry u szczytu ich bogactwa, zgromadzonej wiedzy i nieziemskiej doskonałości, film ten jest momentami równie bolesny, co piękny. Tutaj nie ma Draculi. Jest Luis, który po 200 latach rozwodzi się nad swoim życiem śmiertelnym, jak i tym wiecznym.

Mężczyzna opowiada, jak stał się wampirem z rąk urokliwego i złowrogiego Lestata i jak został, wbrew własnej woli, indoktrynowany do wampirzego stylu życia. Jego historia rozwija się i płynie przez ulice Nowego Orleanu, pokazując nam kluczowe momenty, jak odkrycie zagubionego dziecka 
– Claudii. Nie chcąc jej skrzywdzić, Luis pociesza dziewczynkę ostatnim tchnieniem człowieczeństwa, które w sobie ma. Jednak Lestat czyni z Claudii wampira, zamykając jej kobiecą pasję, wolę i inteligencję w ciele małego dziecka. Louis i Claudia rozpaczliwie szukają swojego miejsca i innych, którzy ich zrozumieją, oraz kogoś, kto będzie wiedział, czym i dlaczego są.

Choć może się wydawać, że jest to po prostu ekscytująca i gotycka, nadnaturalna przygoda, „Wywiad z wampirem” zawiera w swej narracji również wiele elementów filozoficznych i metafizycznych. Jednym z głównych wątków jest dylemat dotyczący natury dobra i zła. Louis nieustannie zadaje sobie i innym pytanie, czy jest naprawdę potępiony i niegodziwy, ponieważ jest wampirem. Przez całe swoje życie zmaga się ze sprzecznymi uczuciami – wampirzym instynktem zabijania i ludzkim poczuciem winy. Na wiele sposobów życie Louisa można odczytać jako dążenie do osiągnięcia statusu nadczłowieka Nietzschego, w którym jednostka musi pokonać społeczeństwo, kulturę i samego siebie (w przypadku Louisa jest to wampirzy instynkt), aby uzyskać prawdziwą autentyczność i pełną kontrolę nad sobą.

Wesoła rodzinka czy nieszczęśliwcy zawieszeni pomiędzy życiem a śmiercią? 
Źródło: filmweb.pl

Komedia – kto powiedział, że śmiech to nie domena wampirów

Na bal groteski zapraszają „Nieustraszeni pogromcy wampirów” (w amerykańskiej wersji: „Przepraszam, ale pańskie zęby tkwią w mojej szyi”) Romana Polańskiego. Jest to swoisty pastisz horrorów, pewna gierka gdzieś tam pośród śniegów Transylwanii. Przerysowane jest tutaj wszystko: idea wielkiej (i wiecznej) miłości nieogarniętego Alfreda i naiwnej Sary, śmierć nieoznaczająca końca (😉), dramatyczne zwroty akcji, profesor stylizowany na Alberta Einsteina, gdyby ten grał w komediach lat 30. Jego misją jest ściganie i eliminacja wampirów… No właśnie, wampiry. O takim wampirze żadna nie marzy. Polański wykreował istoty co prawda mniej lub bardziej inteligentnie myślące czy dedukujące, lecz przede wszystkim komiczne, które należy traktować z przymrużeniem oka. Parodiowane są tutaj wszelkie stereotypy lub cechy, które kiedykolwiek mogłyby się wydawać elokwentne i sensualne.

Hrabia von Krolock w swoim gotyckim zamku emanuje arystokratycznym wychowaniem i postawą „no-nonsense”. Wampir nie jest jednak w stanie autentycznie przerazić, gdy uświadomimy sobie, że w rzeczywistości jest on pokracznym Frankensteinem, czyli zlepkiem: kreacji wizualnej z Hammer Horroru (wytwórni znanej z gotyckich horrorów), stroju Beli Lugosiego (pierwszego filmowego Draculi) i imienia z „Nosferatu” Murnaua. Jego syn, Herbert, zdecydowanie wychodzi poza konwencję, gdyż jest wampirem homoseksualnym. Mimo że potraktowano jego wątek jako jeszcze bardziej komediową odskocznię od groteskowej całości, to nie oszukujmy się, nieheteroseksualny męski wampir jest dość niespotykanym tworem popkulturowym.

Ekscentryczna scenografia kontrastuje z surowymi krajobrazami skutymi lodem wśród wzgórz oraz tajemniczym półmrokiem skradającym się pomiędzy zamkowymi filarami. Prześmiewcze jest również zakończenie, w którym profesor nieświadomie wywozi wampiry w świat, mimo że jego życiową misją było zwalczanie wszelkiego zła.

Herbert uwodzący Alfreda w „Nieustraszonych pogromcach wampirów”. Źródło: filmweb.pl

No dobra, „Zmierzch” nie jest z założenia komedią, a wręcz przeciwnie, lecz społeczeństwo dokonało swojego napiętnowania i na samo wspomnienie o młodzieżowej sadze o zakochanych wampirach u wielu pojawi się prześmiewczy uśmieszek. Może to kwestia występujących w historii silnie konserwatywnych poglądów (aborcja na nie, stosunek przedmałżeński na nie, pary homoseksualne na nie), przeterminowanego pomysłu na fabułę, naiwności, cringe’u, konkretnej grupy docelowej, jaką są nastolatki myślące o niebieskich, a może raczej krwawych migdałach, desperackiej i nieudanej próby uczynienia z tej produkcji horroru? W końcu twórcy zamiast wzbudzać współczucie czy obawę, wywołują mimowolne parsknięcie ironicznym śmiechem. „Złowrogość” atakujących, mieniących się w słońcu, wegetariańskich wampirów nie powoduje napięcia, a pobłażliwe wywrócenie oczami. Nawet ponure scenografia oraz zdjęcia i wstrzemięźliwe aktorstwo na nic się nie zdały.

Czuję się nieswojo, patrząc na „Zmierzch” bez niebieskiego filtra. 
Źródło: twitter.com

Chciałabym tu krótko wspomnieć o produkcji ogłoszonej przez 
The Guardian „najlepszą komedią roku”. „Co robimy w ukryciu” jest przepełnione humorem po wszystkie brzegi. Tym słownym, jak i wizualnym i konceptualnym. W tym paradokumencie wampiry będące zwykłymi kolesiami z sąsiedztwa oprowadzają nas przez sferę popkulturowych stereotypów i ikon wampirów. Umowa o niepożeraniu ekipy filmowej zostaje dotrzymana, a my otrzymujemy opowieści z wampirzego uniwersum. Bohaterowie potwierdzają lub zaprzeczają ludowym wierzeniom dotyczącym ich gatunku. To trochę takie przeniesienie ich problemów w realia XXI wieku. Chociażby nie mają odbicia w lustrze, co powoduje powracające dylematy modowe, gdyż nie widzą, jak wyglądają.

Można zaobserwować łaknące zapotrzebowanie audiencji na ten hybrydowy gatunek, gdzie łączy się tradycję z nowatorstwem, ludowe wierzenia ze stereotypami, a także absurdalny humor z ezoteryczną tematyką. Mimo przerażających i makabrycznych tematów „potworne” postacie są ośmieszane i sprowadzane do banału, niekiedy aż do granic możliwości, wywołując nieposkromiony śmiech.

Kapela z sąsiedztwa. Źródło: filmweb.pl

Zakończenie – nieśmiertelność

Ironicznie, wampir nie jest w stanie ukazać się w lustrze, jednak jest on niesamowitym odbiciem naszego społeczeństwa, które zasiada na widowni. Jest on taką migawką różnych czasów w formie potwora. W miarę, jak zmieniały się lęki i obawy, potrzebowaliśmy je upakować w formę quasi-człowieka, gdyż wtedy łatwiej jest nam się ścierać z wrogiem. Ta trwała postać filmowa pozostaje płynna w swej psychologii, motywacji, seksualności i estetyce, aby nieustannie dopasowywać się do zmieniających się zainteresowań aktualnej kultury popularnej. Wygląda na to, że wampiry nigdy nie zginą.

Milena Debrovner