poniedziałek, 2 listopada 2020

Młodzi filmowcy protestują - najlepiej jak potrafią

25 października na facebookowej stronie Warszawskiego Strajku Kobiet umieszczono ponad siedmiominutową animację autorstwa studentów Wydziału Animacji Szkoły Filmowej w Łodzi opatrzoną dobitnym komentarzem filmowców oraz apelem do wszystkich artystów o jawny sprzeciw i odwagę w jego wyrażaniu. Adepci z Łodzi wyrazili dezaprobatę wobec decyzji Trybunału Konstytucyjnego zakazującej aborcji z powodu ciężkich i nieodwracalnych wad płodu, a swoje stanowisko zilustrowali za pomocą najlepiej znanego im medium.

Film utrzymany głównie w odcieniach czerwieni i czerni jest nadzwyczaj poruszający. Atmosferę napięcia dodatkowo potęguje muzyka. Na ekranie pojawiają się drastyczne sceny, widzimy ponure kobiece postaci, łzy i noże, a dominująca czerwień często staje się krwią. Animacja składa się z licznych segmentów wykonanych w różnych technikach. Wszystko wskazuje na to, że w projekcie wzięła udział większość studentek i studentów wydziału. Brak tu może subtelnych wizualnych metafor – i dobrze, bo to nie jest na nie czas. To czas jasnych stanowisk oraz silnych emocji i takie właśnie wyraża film. Potężny wydźwięk emocjonalny mają również pojawiające się hasła: „krzywda kobiet”, „bezsilność”, „moje ciało”, „zaraz wybuchnę”.

Dzieło emanuje atmosferą buntu i protestu, a opublikowano je zaledwie parę dni po decyzji TK, co biorąc pod uwagę czasochłonność tworzenia animacji, jest jeszcze bardziej imponujące. Twórcy skutecznie przelali na ekran silne emocje, jednocześnie nie porzucając troski o estetykę. Forma i treść stanowią tu nadzwyczaj zgraną parę. Doskonale komponują się ze sobą również poszczególne segmenty. Każdy twórca dał wyraz indywidualnym emocjom za pomocą własnej techniki, a jednak spektrum tych emocji pozostaje spójne.

Zaangażowanie polityczne szkolących się filmowców jest w moim odczuciu powodem do dumy. Młodzi twórcy poniekąd dołączyli do tradycji wybitnych absolwentów i wykładowców PWSFTviT, którzy byli kluczowymi postaciami polskiej szkoły filmowej oraz kina moralnego niepokoju. Bunt wspomnianych pokoleń filmowców po pierwsze ożywił społeczną świadomość problemów tamtych czasów, a po drugie uczynił z nich dojrzałych i wrażliwych twórców. Można pokusić się o twierdzenie, że to polityczny sprzeciw był kluczowy dla rozwoju Wajdy, Kieślowskiego czy Zanussiego. Jeżeli historia faktycznie lubi się powtarzać, to są to powody do optymizmu w tych ponurych dniach.

Michał Betta

piątek, 9 października 2020

Czas na zombie – czyli jak George A. Romero zmienił gatunek horroru


George A. Romero prawdopodobnie nie spodziewał się, że jego filmowy debiut wpłynie w tak istotny sposób na historię kina. Noc żywych trupów z 1968 roku rozpoczęła trwającą do dziś fascynację zombie movies

To właśnie amerykański reżyser zaszczepił w kulturze masowej wizję zombie jako postaci, która – choć wygląda jak człowiek – porusza się powolnie i spożywa ludzkie mięso. Użycie czarno-białej taśmy oraz niekonwencjonalne, wymuszone niskim budżetem, rozwiązania na planie filmowym sprawiły, że obraz Romero do dziś wywołuje emocje. Ponadto, choć reżyser odcinał się od interpretacji jego produkcji w kluczu społeczno-politycznym, Noc żywych trupów stanowi ciekawą analizę amerykańskiego społeczeństwa.

Rok premiery filmu był gorącym okresem w Stanach Zjednoczonych. Takie wydarzenia, jak trwająca zimna wojna, konflikt w Wietnamie, walka o równość rasową, a także zamach na Martina Luthera Kinga, wzmagały wśród Amerykanów poczucie niepewności. Noc żywych trupów stała się (nie)świadomym manifestem, że prawdziwym zagrożeniem dla człowieka jest drugi człowiek. W tym filmie śmierć niesie postać wyglądająca jak każdy z nas. Piwnica, w której schronią się bohaterowie, przypomina bunkier przeciwatomowy. Wytworzona przez Romero rzeczywistość pozbawiona jest nadziei na jakąkolwiek poprawę.

Warto dodać, że główną rolę w filmie otrzymał Duane Jones – czarnoskóry amerykański aktor. Choć George A. Romero opowiadał w wywiadach po latach, że Jones otrzymał angaż po prostu dlatego, że był najlepszy, z pewnością reżyser musiał mieć świadomość tego, jak jego decyzja zostanie odebrana. Do czasu produkcji Nocy żywych trupów aktorzy pochodzenia afroamerykańskiego 
zasadniczo nie byli obsadzani w pierwszoplanowych rolach, zwłaszcza w horrorach. U Romero wybór ten miał jeszcze silniejszy wydźwięk, bowiem pozostali członkowie obsady byli biali. Kluczowa w tym kontekście jest ostatnia scena – aby nie spojlerować, zaznaczę jedynie, iż warto zwrócić na nią uwagę w kontekście konfliktów rasowych.

Co najważniejsze, amerykański twórca zredefiniował gatunek horroru. W uprzednich produkcjach zło, a precyzując potwory, przychodziły z zewnątrz. Z pomocą nauki lub wynalazków zwykle udawało się je pokonać (na przykład poprzez wbicie kołka w serce wampira). Nieodzownym elementem walki z kreaturami była współpraca bohaterów, którzy zawierali porozumienie pomimo różnic charakteru czy poglądów. Tymczasem w Nocy żywych trupów wrogowie byli częścią ludzkiego świata – "braćmi i siostrami". Co więcej, w światku naukowym czy politycznym nie było pomysłów, jak walczyć z zombie. Protagoniści nie zawiązują pomiędzy sobą nici porozumienia, co wywoła tragiczne skutki.

George A. Romero zrealizował swój obraz w duchu kina gore. Celem tej odmiany horroru jest nie tyle wystraszenie widza, co zaszokowanie i wzbudzenie obrzydzenia wywołanego ukazaną na ekranie przemocą. Kanibalizm, okaleczenia oraz duża ilość krwi sprawiły, że reżyser rozważał nawet usunięcie niektórych scen z filmu. Dziś seans Nocy żywych trupów już tak nie szokuje. Przywykliśmy do wymyślnych śmierci oraz przemocy na wielkim ekranie. Nie zmienia to jednak faktu, iż dzieło Romero wciąż cieszy się ogromną popularnością na tak zwanych seansach o północy (midnight movie).

Dzięki amerykańskiemu twórcy zombie przerażają już od półwiecza. Twórczość George A. Romero stanowiła inspirację dla innych artystów nie tylko w światku kinematografii, ale także w literaturze czy grach komputerowych. Odwołania do tego twórcy niekiedy są nieoczywiste – warto zwrócić uwagę choćby na film Jordana Peele’ego To my, w którym dochodzi do walk pomiędzy amerykańską rodziną a jej odzwierciedleniem na zasadzie alter ego. Stanowi to rozbudowanie myśli Romero, iż zagrożenie ma bardziej ludzką twarz, niż wydawałoby się to na pierwszy rzut oka.

Maja Jankowska

środa, 30 września 2020

Syn ogrodnika – "Szarlatan" w reżyserii Agnieszki Holland

Agnieszka Holland jest dobrym przykładem kosmopolitki. Polka ukończyła wydział reżyserii w Pradze, a ostatecznie pracowała przy produkcji filmów na całym świecie. Po początkach kariery w Czechosłowacji i w Polsce, wraz z przyjściem roku 1981, artystka została zmuszona do wyjazdu na Zachód. Tam rozpoczęła się jej kariera filmowa, która zaowocowała między innymi współpracą z Leonardo DiCaprio, Jennifer Jason Leigh czy Maggie Smith. Burzliwe doświadczenia okresu dorastania odcisnęły na Agnieszce Holland na tyle silne piętno, że wydarzenia historyczne niemal w każdym jej filmie odgrywają ogromne znaczenie. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego filmu reżyserki – Szarlatan, który opowiada historię Jana Mikoláška.

Kiedyś postać Mikoláška była popularna w Czechosłowacji, jednakże wraz z upadkiem komunizmu odeszła w niepamięć. Czeski scenarzysta – Marek Epstein – postanowił przypomnieć o czeskim zielarzu i uzdrowicielu. Tytułowy Szarlatan miał uleczyć miliony ludzi, w tym samego prezydenta Antonína Zápotocký'ego czy brytyjskiego króla Jerzego IV. Persona nie tylko interesująca sama w sobie, ale również żyjąca w ciekawych czasach. Pod koniec lat 50. XX wieku władze Czechosłowacji rozpoczęły zwalczanie niekonwencjonalnej medycyny, a jedną z ofiar tej walki okazał się Mikolášek. Warto jednak zaznaczyć, że film Holland nie stanowi portretu walki jednostki z systemem. Oskarżenie wysunięte przeciwko uzdrowicielowi jest punktem wyjścia do opowiedzenia historii ciekawego człowieka.

Główny bohater Szarlatana w porównaniu do Obywatela Jonesa został przedstawiony w sposób niejednoznaczny. Nieszczególnie zabiega o sympatię widza, bywa egoistyczny i kłamliwy, ale jednocześnie pomocny i pełen empatii. Umiejętnie korzysta ze swojego daru, diagnozuje tych pacjentów, których potrafi, a innych kieruje do szpitala. Mikolášek – pomimo religijnego stylu życia – nie stroni od pieniędzy, które otrzymuje za swoje lekarskie porady. Wielka rezydencja czy drogie samochody podkreślają, że bohater – niezależnie od wydarzeń historycznych – potrafi dostosować się do okoliczności. Jego konformistyczną postawę można oceniać dwojako, choć w ostatecznym rozrachunku protagonista więcej traci niż zyskuje.

Szarlatan cechuje się przyciągającą uwagę fabułą, co jest głównym atutem filmu. Holland nie próbowała przedstawić w swoim obrazie wyraźnego manifestu politycznego. Najnowsze dzieło – w porównaniu do innych produkcji – ma w sobie coś zmysłowego, pełnego poezji. Pomimo autentyczności historii projekcję odbiera się jako doświadczenie na poły baśniowe. Efekt ten udało się osiągnąć poprzez liczne zbliżenia, nietypowe ustawienia kamery, jak również oświetlenie. Wielokrotnie światło nadaje magicznego charakteru scenie, podkreślając dar Mikoláška.

Agnieszka Holland pokazuje bezspornie, że na emeryturę jeszcze się nie wybiera. Szarlatan to finezyjnie poprowadzona, fascynująca historia o nietypowym człowieku. Owszem, momentami można mieć wrażenie, że opowieść staje się zbyt monotonna lub powtarzalna. Jednakże film polskiej reżyserki chce się obejrzeć w całości, aby zobaczyć, jak kończy się ta historia.

Maja Jankowska